
Rozbity
Gwiezdny krążownik Sylvian Ephimenco płynie z ponad dwudziestoma tysiącami kolonistów w kierunku HD 72505, pomarańczowego olbrzyma, na jednej z planet którego Unia Europejska założyła nową kolonię.
Przy gwieździe Copernicus zostają nagle zaatakowani przez dziesięć wrogich niszczycieli.
Krążownik jest na misji pokojowej i nie jest przygotowany na działania wojenne. Jeden z dwóch reaktorów jest w remoncie i dlatego osłony deflektorowe działają na połowę mocy.
W skoordynowanym ataku dziesięć niszczycieli jednocześnie wystrzeliwuje dziesięć torped, które trafiają krążownik bezpośrednio.
Torpedy eksplodują i osłony deflektorowe jękają pod naporem, ale wytrzymują, chociaż są teraz poważnie osłabione.
Działa przeciwlotnicze krążownika niszczą sześć niszczycieli, lecz cztery pozostałe ponownie atakują i każdy z nich wystrzeliwuje dwie torpedy.
Krążownik gwałtownie manewruje i z ośmiu torped sześć mija cel, ale pozostałe dwie rozbijają osłony deflektorowe do zera procent.
Krążownik jest wciąż nienaruszony, ale stał się „sitting duck”.
Działa obronne niszczą cztery pozostałe niszczyciele, jednak jeden z nich zdąża jeszcze odpalić swoją ostatnią torpedę.
Komandos Harry Schuur znajduje się w dojo swojej kompanii. Jest tam jako jedyny, który pozostał. Podczas treningu bojowego odniósł kontuzję kostki i teraz nie może brać udziału w treningu.
Nagle włącza się alarm dekompresji i wszędzie zamykają się drzwi hermetyczne, by zatrzymać kurczące się powietrze wewnątrz.
Harry podchodzi do swojej szafki PSU, zakłada kombinezon bojowy komandosa i wkłada hełm.
W tym momencie jedno z drzwi się otwiera i do środka wchodzi porucznik.
On również ma na sobie skafander kosmiczny.
Harry przełącza swój komunikator na kanał siedem, kanał ogólny.
„Harry Schuur tutaj” — mówi przez mikrofon.
„Idziesz ze mną, żołnierzu? Musimy udać się na pokład promów. Opuszczamy statek.”
„Żołnierz, jestem komandos, więc coś innego niż zwykły żołnierz” — myśli Harry do siebie.
Jednak teraz nie ma czasu na takie trywialności, więc idzie z nim.
Biegną na pokład promów.
Drzwi hangaru promów stoją szeroko otwarte, a wszystkie promy oprócz jednego, jak również lądowniki i dwa niszczyciele, już odleciały.
Biegną do pozostawionego promu i wchodzą na pokład.
Porucznik siada na fotelu pilota i sprawdza systemy. Wszystko w porządku. Tylko komunikat o niskim poziomie baterii go niepokoi. Wychodzi na zewnątrz i podłącza kabel ładowania. Jest jeszcze zasilanie — najwyraźniej reaktor nadal pracuje.
„Głupi cywile, żadnej dyscypliny, używają promu, ale po użyciu go nie podłączają do ładowarki” — mruczy przez łączność.
„Będziemy czekać tak długo, jak to możliwe, żołnierzu, może ktoś jeszcze przyjdzie, a dopóki reaktor pracuje, chcę nadal ładować.”
„OK, poruczniku, ale jeśli będziemy musieli odlecieć, to musimy odlecieć” — mówię.
Po godzinie drzwi hangaru promów nagle zaczynają się zamykać.
„Odłącz prom od ładowarki, żołnierzu” — woła porucznik.
Porucznik uruchamia silniki promu.
Wskakuję na pokład promu, zamykam drzwi i zaryglowuję je, podczas gdy prom już się wznosi. Porucznik przechyla prom na bok i o włos unikamy śmierci.
Teraz widzimy inne promy i lądowniki zaparkowane na orbicie Harriot. Harriot jest piątą planetą systemu Copernicus i dużym gazowym olbrzymem. Dwa niszczyciele mają zdolność SDL i już odleciały, by sprowadzić pomoc.
„Nie mamy możliwości utrzymać pasa startowego, żołnierzu, lądujemy na jednym z księżyców Harriot.”
Księżyc w pobliżu to biała kula i wygląda mało obiecująco, ale nie mamy wyboru.
Porucznik sprowadza prom w ślizgowy lot ku powierzchni księżyca. Używa minimalnej mocy silników, a dzięki atmosferze, która stawia opór naszej dużej prędkości, przód promu zaczyna żarzyć się od ciepła.
Gdy prom w końcu prześlizguje się nad powierzchnią księżyca, porucznik daje silnikom pełną moc i ląduje pośrodku niekończącej się, białej śnieżnej równiny.
Pada śnieg i grad.
Kule lodowe grube jak pięści odbijają się od szyb promu.
Na zewnątrz panuje śmiertelne niebezpieczeństwo, więc zostajemy w środku. Ale ogrzewanie padło i w promie robi się coraz zimniej. Włączam ogrzewanie w moim kombinezonie dowodczym, ale kombinezon porucznika tego nie ma. Widzę, że drży z zimna.
Nie możemy tu zostać, bo zamarzniemy, ale dokąd mamy iść?
Gradobicie minęło i teraz możemy zaryzykować wyjście na zewnątrz.
Porucznik otwiera drzwi promu i daje znak, żebym poszedł z nim.
Idziemy dziesięć metrów, a potem nagle zapadamy się przez warstwę śniegu i z hukiem upadamy w dół.
Oszołomiony upadkiem rozglądam się wokół. Skręcam się z bólu. Moja kostka dostała jeszcze jeden cios.
Jesteśmy w pewnego rodzaju jaskini, dostrzegam to w półmroku.
Porucznik wylądował źle i w jego hełmie jest dziura.
„Cholera, on nie żyje,” myślę.
Ale on się porusza i zdejmuje hełm.
Najwyraźniej powietrze jest zdatne do oddychania i ja chcę zrobić to samo.
„Nie rób tego, żołnierzu,” szczeka do mnie.
— Dlaczego nie, poruczniku? — pytam.
„Dla mnie to już nie ma znaczenia, ale dla ciebie ma, nigdy nie wiadomo, jakie toksyczne pierwiastki są w powietrzu, które mnie za chwilę zabiją, a ty wtedy nadal będziesz żyć.”
„Musimy stąd wyjść, żołnierzu.”
On zaczyna zrzucać swój kombinezon kosmiczny.
Okazuje się, że porucznik wcale nie jest porucznikiem, lecz poruczniką.
Stoi przede mną w swojej wojskowej, ciemnoszarej bieliźnie.
Ładna dziewczyna, szczupła, trochę krucha, ale też całkiem atletyczna, ładne, jędrne, pełne piersi. Nie taka jak kobiety-komandoski, z którymi ma dużo seksu, ale całkiem sporo większa.
„Mamy tu ogrzewanie podłogowe, żołnierzu, jest tu całkiem przyjemnie.”
„Ale jeśli mamy się z tego wydostać, to musisz z powrotem włożyć kombinezon, poruczniku.”
„Nie sądzę, żołnierzu, jak myślisz, jak się z tego wydostaniemy?”
Patrzę na nią pytająco.
„Stanę ci na ramionach, żołnierzu, a ty złapiesz mnie za kostki i podrzucisz mnie w górę, myślisz, że dasz radę?”
„Porucznik, ja nie jestem żołnierzem, jestem komandosem. Mój mundur komandosa ma egzoszkielet wzmacniający mięśnie — jeśli zechcę, wystrzelę cię przez tę dziurę tam na górze na zewnątrz.”
„Mój kombinezon kosmiczny waży pięćdziesiąt dwa kilogramy, żołnierzu, myślisz, że nadal mnie wypchniesz na zewnątrz, jeśli znowu go założę?”
Patrzę na nią zabójczym wzrokiem.
„To co, robimy tak, żołnierzu?”
„Do diabła, poruczniku, jeśli nie chcesz nazywać mnie komandosem, nazywaj mnie Harry.”
„Zanotowane, żołnierzu, i dalej — no dalej, stań pod tą dziurą.”
Splatam dłonie razem, ona wsadza w nie stopę, podskakuje na moje ramiona i chwilę później stoi na moich ramionach.
„Mój szacunek, ta kocica jest całkiem wysportowana”, myślę sobie.
„No dalej, żołnierzu, podrzuć mnie.”
„Cholera, poruczniku, ja nie jestem…”
Chwytam ją za kostki, pcham do góry, opuszczam z powrotem, a potem katapultuję ją przez otwór.
„Cholera, jestem komandos”, krzyczę za nią.
Chwilę później zaczyna sypać się sprzęt: koce, racje awaryjne, butelki z wodą, apteczka, rolka z narzędziami, ubrania — wymieniaj dalej.
Po chwili słyszę stukot, a potem spada lina. Zjeżdża po linie w komandoskim skafandrze ratunkowym, a w jednej ręce trzyma analizator.
„Obróć się, żołnierzu.”
„Cholera, serio poruczniku, to zaczyna nudzić, nie jestem żołnierzem, jestem komandosem. My komandosi nie zachowujemy się tak zdystansowanie wobec siebie, jesteśmy przyjaciółmi i ufamy sobie aż po grób i zwracamy się do siebie po imieniu. Jestem Harry — a ty?”
Patrzy na mnie, wyraźnie przestraszona moją zaciętością.
„Jestem Marja, Marja Pals, Harry.”
„No proszę, Marja, to brzmi już o wiele lepiej.”
„Ale czy mógłbyś się teraz obrócić, Harry?”
„Po co, Marja?”
„Chcę założyć strój, Harry, a wiesz jak jest — jesteś nagi pod tym kombinezonem.”
„Komandoski nigdy z tym nie robią problemu, Marja,”
„Ale ja nie jestem komandoską, Harry, jestem porucznikiem i twoją przełożoną.”
„No proszę, Marja, możesz to sobie wbić.”
„Hop hop, Harry, obracasz się — to rozkaz.”
Odwracam się, ona tego chce i tak, rzeczywiście jest moją przełożoną.
Chwilę później stoi przede mną w całej swojej okazałości.
Boże, jak ten kombinezon jej pasuje. Przylega jak druga skóra do jej ciała, ma piękną sylwetkę, a potem jej piersi — z tymi dużymi sutkami, które przebijają się przez cienki materiał.
Mój Boże, co za seksowna kicia.
Tego ranka budzę się, ale jej nie ma.
Wspinam się w górę po linie i idę w stronę wahadłowca.
Siedzi w środku na fotelu kierowcy i rozmawia z dowództwem komandosów.
„Czyli za dwa miesiące przyjdziecie po nas?”, pyta.
„Szybciej się nie da, Marja.”
„Naprawdę nie?”
„Nie, niestety, dziewczyno.”
„Czyli przez dwa miesiące ugrzęznę z takim napalonym komandossem.”
„Ha, ha, ha, komandosi to fantastyczni kochankowie, Marja — korzystaj. Dwa miesiące wakacji z przystojnym mężczyzną.”
Grzbietem dłoni głaszczę ją po karku i daję jej całus w policzek,
„Dokładnie tak”, szepczę jej do ucha.
Głęboko rumieniąc się, odwraca się i patrzy na mnie.
„Skąd ty jesteś?”, pyta.
„Z naszego gniazdka”, mówię.
„Och, co za dziecinne”, mówi.
Tego ranka budzę się. Marja siedzi na stosie koców i patrzy w smartfon.
Siadam obok niej, zarzucam ramię na jej ramiona i przyciągam ją do siebie. Pozwala na to. Krok po kroku surowa porucznik zaczyna się rozmarzać i stajemy się przyjaciółmi.
„Co robisz?”, pytam jej.
„Czytam książkę.”
„Na telefonie? Czy to nie zajmuje za dużo pamięci?”
„Wcale nie, mam na telefonie tysiąc książek, a ty nie czytasz?”
„Czytanie jest przyjemne.”
„Naprawdę?”
„Tak, chodź, weź swój telefon i przyłóż go do mojego.”
Biorę mój telefon i przykładam go do jej. Ona wykonuje kilka czynności.
„No, teraz też masz tysiąc książek na swoim telefonie.”
„Dziękuję ci, Marja, to miłe z twojej strony.
Chcę jej dać pocałunek w usta. Ale ona wciąż odmawia.
Następnego ranka coś się zmieniło. Słońce Kopernikusa świeci i śnieg zaczyna topnieć. Tydzień później cały śnieg zniknął, a wszędzie wypuszczają zielone pąki i pędy. Wszystko dzieje się błyskawicznie i nim mija kolejny tydzień, wszystko kwitnie w palecie barw, która sięga wszystkich kolorów tęczy.
W tym tygodniu zakochaliśmy się w sobie.
W tym samym tygodniu księżyc ożywa. Zewsząd, z każdego zakamarka, wychodzi życie. Chrząszcze, żuki, mrówki — wymień je wszystkie. Wszędzie brzęczą pszczoły, osy, szeptające bzygacze, drapieżne ważki, tłuste, napite pająki leniwie wiszące w swoich sieciach i motyle, jedne o jeszcze piękniejszych wzorach niż inne. Z pełnym zdumieniem dwoje kochanków obserwuje to cudowne zjawisko, które rozgrywa się na ich oczach.
Dopamina i kortyzol szaleją w ciałach tej pary, wprawiając ich w stan skrajnej euforii, co owocuje gwałtownymi miłosnymi igraszkami na parnym, zmysłowym powietrzu księżyca.
Gdy słońce zachodzi, a gazowy olbrzym Harriot w całej swojej okazałości wznosi się nad horyzont, towarzyszony przez swoje trzy inne księżyce, gdy czerwona karłowata gwiazda swoim upiornym światłem oświetla pola, kochankowie zasypiają w objęciach.
I znów, dwa tygodnie później, wszystko się zmienia: kwiaty więdną, roślinność żółknie i obumiera. Życie chowa się w norkach i szczelinach. Cykl narodzin, życia i śmierci jest niemal domknięty.
Gdy padają pierwsze płatki śniegu, E-cysterna hiperkrążownika Hyperion ląduje obok ich wahadłowca, by naładować baterię.
Ale wtedy para zawiera przymierze.
Obiecują sobie wieczną wierność.
Prawa autorskie © Reuel 2025